czwartek, 23 czerwca 2016

DNA.

Nie pamiętam już, czy było to na stacji w Cstochowie, czy może w Opolu. Wiem, że wpatrywałem się, z mocno wyłączonym już umysłem, w przestrzeń za oknem i myślałem o tym, o czym zawsze myślę- czyli o tym, o czym nie powinienem. Wzrok zatrzymał mi się jednak na obrazku, który nijak nie korespondował ze stanem mojego umysłu. W zasadzie dziwne jest, że zwróciłem na to uwagę...

Wzdłuż peronu spacerował ojciec z synem. Ojciec pewnie młodszy ode mnie. Mały za to mógł mieć może 3-4 lata. Obaj byli jak żywcem wyjęci z jakiejś absurdalnej bajki, w której nie istnieją złe rzeczy, ludzie są dla siebie dobrzy, a po ulicach spacerują jednorożce, elfy i dobre wróżki. Nawet nie chodzi o to, jak wyglądali, ale o to, jak się zachowywali. Ojciec prawą dłonią prowadził malca, w lewej trzymał balonik. Poważnie- balonik, taki, co dynda na sznurku, a nie jakąś komercyjną szmirę na patyku, z logo banku, czy kreskówkowe, pompowane koszmarki. Balonik. Taki, jak pamiętam z dzieciństwa. Może na kogoś czekali, może przyszli tu tylko po to, żeby mały mógł zobaczyć przejeżdżające pociągi. Uderzył mnie spokój młodego taty, wielka cierpliwość i uczucie, jakie okazywał chłopcu. Przysiedli na ławce, mały wsunął batonika, uciapał się przy tym niemiłosiernie, a tatuś zaczepił na moment balonik na ławce, wyjął chusteczkę i cierpliwie wyczyścił synowi buzię i łapki. Dał mu pić, coś mu powiedział do ucha, wyjął telefon, odszedł na jeden krok, kucnął i zrobił małemu zdjęcie. Potem usiadł obok i zrobił jeszcze jedno, wspólne, sobie i jemu. Coś mu opowiadał spokojnie, pokazywał. Młody słuchał, trochę brykał, śmiał się. Kiedy pociąg ruszał, wstali, przeszli się kawałek i machali na pożegnanie. Odmachałem, chociaż pewnie obaj tego nie widzieli. Uśmiechnąłem się do siebie. 

Cieplej mi na sercu było, lżej. Wiem, nie pasuje to do mnie, a jednak tak się wtedy czułem- jakiś taki... roztopiony czymś, czego w życiu nie doświadczyłem, za czym niby nie tęsknię, ale czego chyba trochę pozazdrościłem.

Nie wiem jak to jest mieć ojca. Nigdy też nie czułem potrzeby, aby takiego doświadczenia nabyć. Nigdy nie był mi on potrzebny, tak samo, jak ja nie byłem potrzebny jemu.

Nie wiem też jak to jest być ojcem. Nie dowiem się tego nigdy i gdyby mnie ktoś teraz o to zapytał, odpowiedziałbym bez zająknięcia, że nie czuję w sobie potrzeby posiadania dzieci. Nie lubię ich. Nie rozumiem. Nie pojmuję. To dla mnie krnąbrne potwory, z piekła rodem, naszprycowane cukrem w jeszcze większym stopniu, niż ja sam. Nadpobudliwe, nieposłuszne, wyszczekane, złośliwe trolle. Ja jako ojciec? Na to zbyt mocno lubię swój styl życia. Żegnaj święty spokoju? Do widzenia egoistyczne priorytety? Żegnajcie czyste białe ściany i ukochana kolekcjo statków kosmicznych? To nie dla mnie. Już zupełnie abstrahując od tego, że nie mam niczego do przekazania następnemu pokoleniu. Nawet moje DNA się nie nadaje. Pińcet na piwo i nowe buty też mnie nie zmotywuje.

Tamtego dnia jednak coś we mnie pękło. Pomyślałem, że jest we mnie ta nadopiekuńcza część, której mój mężczyzna tak szczerze nie znosi. Może to jakiś ślad czegoś, co pierwotnie miało być instynktem wychowawczym, ale matce naturze jakoś się wszystko we mnie pokręciło i wyszedł niespełniony egzemplarz do poprawki, który truje dupę dorosłemu facetowi, pytając go po 40 razy dziennie, jak się czuje, zamiast spełniać się przy przewijaniu? Czy gdybym miał możliwość, odpowiednie uwarunkowania prawne, czułbym się gotowy? Czy ów cechujący mnie przecież wielki egoizm, pozwoliłby mi wykrzesać z siebie coś, dzięki czemu mógłbym ukształtować małego człowieka? Syna? Odezwał się we mnie głos, który powtórzył ze stanowczością tak wielką, że aż samego mnie to zdziwiło. Głos, który wypowiedział zdanie, które już kiedyś słyszałem od kogoś- "Byłbyś dobrym ojcem". I to mnie zabolało. Bo nie byłbym. Nie chciałbym być. A może jednak byłbym?

Czy wyśmiewając samego siebie w takiej roli, wmawiam sobie, że nie jest mi to potrzebne? 

Wiem, że chcę stworzyć rodzinę. Inną jednak od heteroseksualnych wzorców. Wystarczy mi dom i mój partner. Nic więcej. Jestem spokojny i pewny tego, z kim chcę budować świat. Jestem przekonany, że życie we dwóch mi wystarczy i za dwadzieścia lat powiem raz jeszcze, że nie mógłbym być szczęśliwszy.

Może więc nie ma się nad czym zastanawiać. Mam przecież wszystko to, czego chciałem.

wtorek, 21 czerwca 2016

Non sequitur.

Na właściwego partnera czeka się długo. Bardzo długo. I owo "długo" jest bardzo subiektywne, bo bez względu na to o jakim przedziale czasowym mowa, zawsze dla każdego będzie to zbyt długi czas oczekiwania. Zniecierpliwienie narasta, presja coraz większa, a umysł wciąż dokarmiany kolejnymi hollywoodzko-baśniowymi bzdurami o tym, jak to każdy musi mieć swoje "żyli długo i szczęśliwie". Każdy. Bo jak nie będzie miał, to z pewnością coś z nim nie tak. Bierzemy wiec udział w niekończącym się wyścigu, łudząc się, że mamy równe szanse z resztą uczestników. Pal sześć, że tylko część z nas dobiega do mety, a nawet dla zwycięzców często jest ona tylko chwilą wytchnienia przed następnymi zawodami. Biegniemy za marzeniem, zapominając, że tylko głupcy żyją w świecie fantazji.

Kiedy w końcu spotyka się odpowiednią osobę, nagle okazuje się, że przenosi się na nią wszystkie oczekiwania, wyobrażenia, całe to marzenie, które latami pielęgnowało się w sercu i w głowie. Temu jedynemu mężczyźnie przypisujemy szereg cech, które być może nie do końca posiada, wiele, które jest mu całkowicie obcych i parę takich, które może i by pasowały, ale tylko przy pomyślnych wiatrach. W rezultacie wokół tego nieszczęśnika tworzymy cudowne, tęczowo-brokatowe halo, które pozwala nam z jednej strony żyć snem na jawie, a z drugiej przenieść na niego całe niespełnione do tej pory uczucie, nawarstwione na przestrzeni czasu i będące koszmarną wypadkową innych nieudanych prób i zawodów miłosnych. Spory to bagaż, wiele do udźwignięcia dla dwóch, a co dopiero, jeśli przenieść to wszystko tylko na jednego. 

Intencje są dobre. Jak zwykle. Na nic to jednak. Nikomu nic nie przyjdzie z tego, że chciało się dobrze, że widziało się to, co najlepsze, bo często to tylko projekcja, nic więcej. Nic prawdziwego, nic, co by mogło dać solidne podstawy.

Rezczywistość weryfikuje wyobrażenia bardzo szybko. Okazuje się, że ten wyśniony mężczyzna wcale nie ma zawsze nieskazitelnej fryzury i świeżego oddechu. Że czasami ma zły humor, że pewne rzeczy go drażnią, a innych wprost nie znosi. Bywa tak, że jest kompletnie nie do użytku, że interesują go zupełnie inne rzeczy i wcale nie jest mu po nosie, że dostał w prezencie rolę kogoś zupełnie innego, niż jest w rzeczywistości, z dodatkowym gratisem w postaci niespełnionych do tej pory nadziei

Do kogo pretensje później? Do niego za to, że nie jest kimś, na kogo próbowało się przenieść zgromadzone przez całe życie marzenia, czy do siebie o to, że w pogoni za snem, straciło się z oczu rzeczywistość?

I co będzie w momencie, kiedy on zorientuje się, że jest postrzegany jako ktoś zupełnie inny i nawet jeśli będzie się starał sprostać wyobrażeniu, to z czasem zrozumie, że to wszystko go przerasta? Co będzie, kiedy zacznie się odsuwać coraz mocniej, przerażony tym, czego doświadcza? Im bardziej będzie się odsuwał, tym gorsze będzie jego położenie, bo świetnie wiemy, jak z nami jest, kiedy zostaniemy brutalnie odseparowani od uczucia na wskroś uzależniającego, gdzie w jednym momencie budujemy bajkowy świat, a w następnym tracimy wszystko, zostając na lodzie, z przyklejoną centralnie na czole etykietką zwichrowanego czubka.

Marzenia są zdradliwe. Podstępnie zżerają duszę, czyniąc nas ślepymi na to, co dzieje się dookoła. Sprawiają, że rozpędzamy się jak szaleni, chcąc więcej i więcej. I zapominamy przy tym, że to kompletnie nie tędy droga. 

O dramaty prosimy się sami. Tylko winimy za to wszystkich, poza sobą. 

 

niedziela, 19 czerwca 2016

Skoro mam już zwariować.

Leczenie poharatanej duszy nigdy nie jest procesem łatwym ani fajnym. To raczej niekończąca się seria prób i błędów, przy której jest naprawdę cała masa ofiar w ludziach. Człowiek staje się bombą z opóźnionym zapłonem. Nie wiadomo kiedy, gdzie i w jakich okolicznościach, ale z całą pewnością wybuch jest nieunikniony. Zatem kiedy jest się wariatem, poza oczywistym rozwiązaniem własnych problemów i wyeliminowaniem czynników sprzyjających zwichrowaniu, niezwykle ważne jest to, aby ów wybuch zminimalizować. Zmniejszyć siłę rażenia, a w perspektywie- bombę całkowicie rozbroić.

Jakże wspaniale by było, gdyby w głowie, z odpowiednim wyprzedzeniem, zapalała się jakaś czerwona lampka. Komunikat typu "Uważaj: do eksplozji pozostało 3 dni 8 godzin 11 minut i 46 sekund". Nie ma tak dobrze. Oczywiście, sam po sobie jestem w stanie stwierdzić, że balansuję na krawędzi, ale za wszelką cenę staram się wtedy odwlec ten moment. Jest to jedyna rzecz, jaką mogę w takiej chwili zrobić. Skoro już ma mi odbić, mam znowu dowieść swojej niedoleczonej depresji, mam stać się raz jeszcze upierdliwym neurotykiem, niech przynajmniej sam zdecyduję o tym, kiedy ma to nastąpić. Niech mam wrażenie kontroli. To zawsze coś- może przy odrobinie szczęścia, zyskany czas pozwoli oczyścić teren w polu rażenia?

Przez lata zauważyłem, że działają na mnie dwie metody. Powiedzmy, że działają. Niestety żadna nie przydaje się na dłuższą metę, żadna nie leczy, nie jest cudownym środkiem. Obie jednak pozwalają zyskać trochę czasu i przez to funkcjonować w miarę normalnie.

1. Nie wybuchnę dzisiaj.

To trochę takie wmawianie sobie czegoś, ale sprzyja utrzymaniu samokontroli. Nie zwariuję dzisiaj, nie zrobię tego jeszcze przez kilka godzin, aż dzień się skończy. Nie udowodnię po raz kolejny, że mam nierówno pod sufitem, przynajmniej nie dzisiaj, odczekam dzień, drugi, może nawet cały tydzień. Potem pozwolę sobie na wszystko. Wezmę głęboki oddech i wyrzucę wszystko to, co mnie boli.

Oczywiście, że jest to tłumienie w sobie emocji. Jasne, że to kompletnie niezdrowe i niekorzystne, a takie sprawy powinny być rozwiązywane na bieżąco. Mhm, tyle o tym mówi teoria. W praktyce, ilu z nas pójdzie do szefa i wygarnie mu, że wykonuje frustrującą pracę i nie czuje się docenionym pod względem finansowym? Ilu przyzna partnerowi, że coś mu nie pasuje i przyszedł czas, żeby wypracować kompromis? Ilu powie rodzinie, znajomym, że zauważyło coś niedobrego i źle się z tym czuje? Tłumimy emocje w stopniu maksymalnym, równie dobrze możemy więc zwlekać ze swoim wybuchem tak długo, jak to możliwe.

Zresztą- może się zdarzyć przecież i tak, że jutro, za kilka dni, za jakiś czas, to wszystko nie będzie już takie złe, prawda? Przynajmniej dobrze jest pobyć przez moment naiwniakiem.

Zatem nie dzisiaj. Albo...

2. Co mnie dzisiaj ucieszy?

Czyli jestem jak psychodeliczna wersja Julie Andrews w "Dźwiękach muzyki". Rano otwieram oczęta i wyliczam wszystko to, co danego dnia może mnie uszczęśliwić. Od małych pierdół, po wielkie rzeczy. Brakuje jedynie tego, żebym później zatańczył na alpejskiej łące. Słabe to, ja wiem, kompletnie nie leży w moim charakterze, chociaż powinno i staram się ze wszystkich sił, żeby taka radość we mnie nie tylko zaistniała, ale i utrzymała się na dłużej. Bo tak można. Znam wiele osób, które potrafią i radzą sobie dzięki temu o niebo lepiej, niż ja.

Bardzo długo ta metoda nie działała na mnie kompletnie. Wszystko było nie tak, wszystko źle, nikt mnie nie kochał i nikt mnie nie lubił. Z czasem jednak, okazało się, że to jednak nie jest wcale tak beznadziejny pomysł. Małe rzeczy, myślenie o nich, snucie planów, tych najdrobniejszych, nie takich wielkich, które sprzyjają oczekiwaniom, a te z kolei prowadzą do nieuniknionych rozczarowań, okazały się trzymać mnie mocno na ziemi. Nawet gdy było bardzo źle, takie wyliczanki przynosiły większy spokój, może jeszcze nie tyle opanowanie, co raczej próbowały zaprowadzić porządek w chaosie. Wtedy też myśli zaczynały płynąć po prostu wokół mnie, a ja sam nie starałem się w żaden sposób ich zatrzymać, zawrócić ich kierunku, zmienić, wpłynąć na nie, lub całkiem je wyeliminować. Na tej wielkiej autostradzie byłem ja, a obok mnie cały ten szajs, który mnie spotykał i drobnostki, które ratowały mi dupsko. Wszystko krążyło, a ja tylko obserwowałem to, nie robiąc przy tym nic szczególnego. Czy nie na tym polega spokój? Na całkowitym opanowaniu wobec tego, co dzieje się dookoła?

Cieszyła mnie więc czyjaś obecność. Wiadomość od kogoś bliskiego. Wspomnienie. Pogoda. Cieszył mnie spacer, drobiazg, zjedzony posiłek. Snułem plany- na popołudnie, na następny dzień. Trzymałem się myśli o planowanym wyjściu do kina, o kolejności obowiązków, które miałem wykonać następnego dnia w pracy, nawet o tym, którą koszulę założyć, żeby nie powielić zestawu sprzed tygodnia. Całkiem sporą radość upatrywałem w zjedzonej wuzetce i w przeczytanym rozdziale książki. Nie była to jeszcze taka radość, której oczekiwałem, ale moje myśli trochę zwalniały przez to, a ja sam- spokojniałem. 


Dzisiaj wiem, że bez względu na to, którą metodę przyjmę, to i tak w pewnym momencie wrócą do mnie myśli, przez które się zamartwiam. Taki jestem. Martwię się wszystkim i wszystkimi, martwię się w każdej minucie każdego dnia. Za nic w świecie nie chciałbym się stać zimny i obojętny, nawet jeśli nie każdemu jest do końca po drodze z tym, jaki jestem. Wciąż jednak będę szukał innych metod, poza tymi, o których wspomniałem, bo chciałbym też być nieco inny. Wciąż troskliwy, ale też stojący twardo na ziemi, a nie odlatujący na własnych lękach gdzieś daleko w inny świat. 

Jeszcze tylu rzeczy muszę się nauczyć...


środa, 15 czerwca 2016

Fenomen.

Mój mężczyzna nie ma ze mną łatwo. W zasadzie to serdecznie mu współczuję, że tak fatalnie trafił. Utrudniam wszystko do granic możliwości, ale jędzowaty charakter objawia się we mnie wtedy, gdy mojej lepszej połowy przy mnie nie ma, bo gdy jestem z nim, nie ma takiej rzeczy, której bym mu odmówił.

Nie bardzo umiem jednoznacznie wskazać, na czym polega jego fenomen. Co dzieje się takiego, że gdy jestem przy nim, na wszystko patrzę zupełnie inaczej? Czy to barwa jego głosu, spojrzenie? Fakt, mógłbym go słuchać godzinami, a piękniejszych oczu w życiu nie widziałem. Głupio by było jednak napisać, że chodzi tylko o to. Jest przecież więcej. Ten szczególny rodzaj poczucia humoru, w którym łatwo dostrzec jego nieprzeciętną inteligencję? Oczywiście, że tak! Jego umysł jest jak brzytwa, ale to wciąż nie wszystko. A może chodzi o to, jak się przy mnie zachowuje, jak w nieoczywisty sposób daje mi do zrozumienia, że dba o mnie, kocha i liczy się ze mną? Naprawdę nie wiem, czy tak działa na mnie jego sylwetka, profil, a może sam zapach. Nie wiem, czy chodzi o sposób w jaki mnie całuje, czy raczej o to, że kiedy czuję jego dotyk, mam wrażenie, że obchodzi się ze mną tak delikatnie, jakby trzymał w dłoniach coś najcenniejszego na świecie. Nie wiem nawet w którym momencie przy nim spokojnieję. Czy ma to miejsce, wtedy, gdy trzyma kubek z herbatą, czy raczej kiedy sięga po papierosy. Pojęcia nie mam, czy tracę przy nim swoje bojowe nastawienie wtedy, gdy wychodzi spod prysznica? A może wtedy, gdy zasypia i słyszę, jak jego oddech spokojnieje i staje się kojąco rytmiczny? Jest tak wiele rzeczy, które mnie w nim fascynuje, przez które tracę rozum. Tyle w nim podziwiam, tyle dostrzegam. To kim jest, jaki jest, kim się stał, kim potrafi być.

Zadziwiające jest to, że w takim momencie, kiedy jestem przy nim, doskonale wiem, że nie zmieniłbym w nim ani jednej rzeczy. Gdybym mu o tym powiedział, nie uwierzyłby mi. Zbyt często ciosam mu kołki na głowie, zbyt rzadko powtarzam mu, że jest moim jednym na milion. Jednym na cały świat. 

I teraz jedno spojrzenie na niego. Dźwięk głosu, dotyk, cokolwiek, co niesie ze sobą reakcję, dowód na jego obecność. Zapominam. Wiem, że przez resztę życia chcę się budzić, czując się bezpiecznie w jego objęciach. Czując na sobie ciężar jego ramienia, wsłuchując się w bicie jego serca. Nie jest mi potrzebne nic więcej. Nie dbam o to, gdzie będę, nie obchodzi mnie co ze mną będzie się działo. Nie jest ważne, czym będę się zajmował, co osiągnę. Wiem, że chcę być w zasięgu jego łapy. Do tego momentu, cokolwiek jeszcze wydarzy się po drodze- wytrzymam, zniosę to. Poradzę sobie.

Dookoła dzieje się mnóstwo złych rzeczy. A ja myślę o przyszłości. 

Miłość to naprawdę zabawna rzecz. 

Kocham i tęsknię. 



sobota, 11 czerwca 2016

Zbieg z wyspy Doktora Moreau.

Nie jestem świetną partią. Iloraz inteligencji mam żenująco niski i wielu rzeczy na świecie po prostu nie rozumiem. Do innych dorabiam niestworzone teorie, męcząc tym siebie i innych. Jako nietypowy Polak, unikam rozmów o polityce, nie chodzę do kościoła, nie znam się na piłce nożnej (naprawdę nie wiem czym zasłynął Lewandowski, poza tym, że jego żona ma talent do klejenia pierogów z mąki kasztanowej), piwo uważam za niesmaczne, a w dodatku naprawdę nie wiem o co takie wielkie halo z tymi Stulejmanami ze "Wspaniałego stulecia". W zasadzie z telewizji to ja tylko Madzię Hashtag Besos.

Nudny jestem. Zdarza mi się przyciąć komara popołudniu. Jem byle co. Nie unikam akrylamidów. Nie liczę swojego BMI. Mam problem ze słodyczami- jestem jak te dzieci naszprycowane cukrem- jak się nażrę za dużo, to mi odpierdala. Fakt naukowo udowodniony. Nie piję kawy. Nigdy. Kawa + cukier i mógłbym opuścić granice Układu Słonecznego.  Zatem kawy niet. Chłopcy nie potrafili tego pojąć, ilekroć swego czasu chcieli się ze mną umówić. Chyba, że "kawą" nazywali pierdolenie się w publicznych toaletach, ale przy całej ociężałości mojego umysłu, akurat takich byłem w stanie rozszyfrować bardzo szybko, nie było więc kawy, żadnej sody ani dżusu, ani nawet rolowania blanta na bekstejdżu. Nigdy nie paliłem, więc raczej na raka płuc nie kipnę. Może szkoda... Ale zostają rzeczone akrylamidy.

Nie jestem rodzinnym facetem. Nie mam tysięcy kuzynów i pociotków, cioć i wujków. Mam za to świetne relacje z Mamą, czym po raz kolejny nie wpisuję się w pokolenie, obwiniające rodziców za każdą napotkaną w życiu podłość. Ja nie winię. Do wszystkiego, co w życiu zasrane, doprowadziłem sam. W zasadzie to całe życie tylko chciałem mieć przy sobie faceta. I to by było na tyle z rodziny. Czyli tłumów nie lubię- ani obcych, ani tych z więzami krwi. Nie wracam z rozrzewnieniem do czasów licealnych i generalnie jest mi całkiem dobrze w byciu dorosłym. Nie jestem duszą towarzystwa (albo może jestem, ale tylko wtedy, gdy nikogo nie ma dookoła mnie), za to bywam mocno wyszczekany. Na moją korzyść przemawia jedynie to, że lepiej szczekam, niż gryzę. Ale to wtedy, kiedy się mocno rozpędzę. W pozostałych przypadkach lepiej mi jest milczeć.

Nie mam ciała Adonisa, hollywoodzkiego uśmiechu, wspaniałego zarostu i błękitnych oczu. Rzekłbym raczej, że jestem mocno nieforemny i wyglądam jak kupa. Nie mam specjalnie z tym problemu, są ludzie stworzeni na okładki magazynów i tacy, którzy powinni pracować w kanałach. Zresztą całkiem mi z tego powodu wesoło, ale o tym kiedy indziej.

I teraz idę ulicami Warszawy. Mijam panów, siedzących przy kawiarnianym stoliku, zaczytanych w jakiejś bardzo ambitnej lekturze, której najprawdopodobniej nigdy mieć w rękach nie będę. Mijam mężczyzn w garniturach, które kosztowały więcej niż dwie moje pensje. Mijam rosłych bywalców siłowni, o bickach wielkości mojej głowy, takich, co tyłkiem potrafią łupać orzechy. Wokół mnie aż się roi od stylowych klasycznie, stylowych nonszalancko, inteligentnych z wyglądu, zachowania, naturalnie lub z wyczuwalną sztucznością. Idę więc mocno zawstydzony i ilekroć przypadkowo napotkam czyjś wzrok, prędko wbijam go w ziemię, co swoją drogą wygląda nieco komicznie, jakbym przed chwilą coś zmajstrował.

Nie ma we mnie nic szczególnego. Nie wyróżniam się niczym. Nie mam zbyt wiele do powiedzenia, nie jestem interesujący, nie robię w życiu nic ekscytującego. Nie noszę "niubalansów" ani "ermaksów". Nie mam szerokiej klaty, a moje cyce wcale nie są jak donice. Każdy z tych błyskających na ulicy  kształtną łydką chłopców stoi wyżej mnie, więc czuję się tu kosmicznie niedopasowany. Pięć lat temu zapadłbym się tu pod ziemię. Dzisiaj tylko chwilami czuję się tu jak zbieg z wyspy Doktora Moreau.

I tak się tylko nad jednym już teraz zastanawiam- jakim cudem, u licha ciężkiego, ktoś mnie pokochał?

wtorek, 7 czerwca 2016

Sekret udanego związku.

Gdyby ktoś mnie kiedyś zapytał, na czym polega sekret udanego związku, miałbym spory problem z odpowiedzią. Żaden ze mnie specjalista. Nie mam też przepisu na miłość w każdym wydaniu. Jednak, że po tych wszystkich latach, kiedy już bez zdziwienia i stresu patrzę, że tyle już za mną, a siwe włosy na brodzie naprawdę nie robią na mnie wrażenia, wiem, że pewne rzeczy po prostu wypada już rozróżniać. Znam szereg rzeczy, na które trzeba uważać, których trzeba unikać, oraz takie, przy których trzeba się mocno postarać, żeby je z siebie wydobyć. To, że wiem, nie oznacza jednak, że umiem wykorzystać to w praktyce, zatem przyjmijmy, że jest to jedynie wypadkowa szeregu obserwacji i mnóstwa prób i błędów. Z naciskiem na błędy. Wielką, przytłaczającą, niezliczoną ilość błędów.

Odpowiedź powinna być jedna. Nie ma sensu pisać o banałach, o tym, jak wiele trzeba włożyć w to pracy i wysiłku, o kompromisach, o tym, że życie we dwóch wcale nie jest różowe i bywa po prostu trudno. Jest jedna rzecz, o której tak rzadko się myśli, a która daje tak wiele. Wiele też wyjaśnia, jeśli się nad nią zastanowić. W czym zatem tkwi owa niezbadana tajemnica? W tym, żeby przestać prosić. Tak, to aż takie proste. Wystarczy przyjąć to, co jest, albo iść dalej i szukać czegoś lepszego.

Jeśli prosisz, okazujesz, że czegoś jest Ci za mało. Czegoś zbyt wiele. Coś Ci nie odpowiada, coś nie leży tak, jak powinno. Obudź się! Nie masz do czynienia z dzieckiem, ale z dorosłym, ukształtowanym już mężczyzną. Nie nauczysz go niczego, nie wykrzesasz z niego więcej, ponad to, co już zdążył Ci okazać. Albo Ci to pasuje, albo nie. Jeżeli chcesz więcej, mniej, nie tak, to lepiej poszukaj kogoś innego. Kogoś, kogo nie będziesz chciał zmieniać, żeby dostosować do swoich potrzeb. Bo naprawdę trafiłeś pod zły adres. Jeśli jesteś tym, za kogo się uważasz, tym jedynym, otrzymasz wszystko, na co zasługujesz. Ani mniej, ani więcej. Wszystko, co on będzie w stanie Ci dać. Jeżeli to nie wystarczy, nie trać czasu. Może on Ci się podoba, może jest z nim fajnie, naprawdę dobrze, ale w perspektywie czasu zaczniesz naciskać na więcej, przypierać go do muru, stawiać w niewygodnym położeniu. Będziesz chciał ugrać więcej i więcej, tylko po to, żeby to Twoje potrzeby zostały zaspokojone, nie jego, a już z pewnością nie Wasze wspólne. Czy jest więc sens?

Jeśli Ci na nim naprawdę zależy- odpuść w porę, zanim go do siebie zniechęcisz. Przyjmij go takim, jakim jest, albo idź dalej i nie oglądaj się za siebie. Stwórz wtedy taki związek, jakiego pragniesz- z kimś innym, lepszym, przyjmowanym już nie warunkowo, ale z pełną świadomością podjętej decyzji.

Nie proś więc. Nie wymagaj. Nie tłumacz, nie stawiaj spraw na ostrzu noża. Pewnych rzeczy po prostu nie dostaniesz. Zaakceptuj to i zastanów się, co dalej i czy rzeczywiście jest Ci potrzebne coś jeszcze.

Czy to sekret? Raczej mała rzecz, nad którą mało kto się zastanawia. Nie jest to olśnienie, ani gotowy przepis. Pozwala jednak przekonać się o tym, czy rzeczywiście jest źle, czy może jednak dobrze- czy trzeba czegoś więcej i czy jest się dokładnie tam, gdzie prowadziły marzenia. Stąd już tylko krok do jasności umysłu i wielkiej pewności, względem kogoś lub czegoś. 

Ameryki nie odkryłem. Za to dzięki temu, w porę się opamiętałem.  

niedziela, 5 czerwca 2016

Wyjąc do księżyca.

Gdyby istniały tabletki, które pomogłyby stłumić istniejący we mnie gniew, łykałbym je garściami. Myślę, że przeprosiłbym się z psychiatrą, może nawet zapisałbym się na terapię. Zrobiłbym wszystko, byle tylko dostać receptę. Gdyby tylko istniało coś, co sprawiłoby, że cała ta para po prostu by ze mnie uleciała. Gdybym mógł wrócić do tej lekkości, gdybym mógł odpuścić sobie i innym. Gdybym.

Żaden z koncernów farmaceutycznych jednak nie zwietrzył w tym biznesu. Nikomu nawet do głowy nie przyszło, żeby przyjrzeć się chemii, zachodzącej w ludzkim mózgu i znaleźć idealne, farmakologiczne rozwiązanie, które przyniosłoby przecież ulgę całemu światu. Ze swym gniewem zostajemy więc sami. I z reguły, pozwalamy mu zżerać nas samych i tych nieszczęśników, którym przyszło znaleźć się w pobliżu. 

Co robią dorośli z emocjami? Upychają je głęboko w sobie, budują z nich nieprzebyty mur, w którym zamykają samych siebie, znajdując w tej samotni całkiem przytulne mieszkanie. Nie ma sensu wywlekać całego tego gówna na zewnątrz. Nikt nie zrozumie, nikt nie pojmie. Nikt nie powie: "Ok, widzę, że jesteś wściekły, powiedz mi co się dzieje, jak Ci pomóc?". Każdy zareaguje własnym gniewem, który przecież też pozornie zachomikował gdzieś głęboko, ale nie na tyle, by nie pozwolić mu wydostać się na światło dzienne przy pierwszej nadarzającej się okazj. Jesteś wściekły? Ktoś się wścieknie na Ciebie. Wyczuje. Włączy mu się czerwony alarm, stan podwyższonej gotowości i zaatakuje Ciebie dużo mocniej, niż sam planowałeś zaatakować jego. Odgryzie się za Twoją głupią odzywkę, za Twoje wrogie spojrzenie i za każdą jedną krzywdę, jaką doświadczył, nwet już nie tyle od Ciebie, co od innych ludzi w ostatnim czasie. Dasz upust swoim emocjom, zaleje Cię lawina czyjejś żółci. 

Trzymaj więc język za zębami, mów, że wszystko u Ciebie w porządku, gryź się w język, licz do dwudziestu, kontroluj oddech i utwierdzaj wszystkich w przekonaniu, że niczym się nie różnisz od reszty. Swoje brudy pierzesz w czterech ścianach i nic nikomu do tego. Bądź fałszywy i sztuczny, nawet za cenę własnego oddechu.

A powody? Przyczyny? No dalej, nie jesteś aż tak głupi, świetnie wiesz, co w Tobie siedzi, co Cię boli i co frustruje. Pewnie nawet znasz rozwiązanie, które zaoszczędziłoby Ci wiele nerwów, uprościłoby życie. Tak, to aż takie proste.

Jeśli jednak nie chcesz skorzystać z gotowego rozwiązania, jeśli masz siłę, żeby się pomęczyć jeszcze trochę, jeśli widzisz gdzieś w tym większy sens, jeżeli czujesz, że w ostatecznym rozrachunku było warto zaciskać zęby latami... Wtedy dla dobra własnego i innych, znajdź ujście dla tych emocji. Idź na siłownię. Naucz się dziergać na drutach. Zacznij na powrót prowadzić blog. Zapisz się na jakiś kurs. Zmień otoczenie. Wróć do czytania. Wrzeszcz, ile sił w płucach, przy przejeżdżających pociągach, albo po prostu wyj do księżyca. Bo inaczej się nie da. Nikt nie zrozumie, nikt nie pojmie, a jeśli nawet komuś opowiesz o tym, co Cię trapi, to umniejszy Twój problem i powie, że ma gorzej. Nie mów więc. Walcz, wyżyj się, a potem wskocz na powrót do swojej skorupy, zamknij się w twierdzy, którą zbudowałeś i udawaj, że wszystko jest w porządku.

Bo z czasem będzie. Trzeba tylko poczekać. I nie zwariować, czekając.