poniedziałek, 11 lipca 2016

Bez obaw?

Słynę z obaw. Z tego, że myślę zbyt wiele, zastanawiam się zbyt mocno, że dzielę włos na czworo i bardzo staram się przygotować na coś, co jeszcze nie miało nawet miejsca. Na ewentualność. Na szansę, bądź ryzyko. Taki jestem- lubię komfort działania według planu. Lubię oczekiwać najlepszego, ale być też gotowym na najgorsze. Wiem, że przez to ktoś mnie nazwie panikarzem, zarzuci mi widzenie wszystkiego w czarnych barwach, ale to nie tak. Nie lubię niespodzianek. Nigdy nie lubiłem.

To dobra rzecz, prawda? Mieć gotowy plan działania. Kreślić scenariusze najbardziej beznadziejnych przypadków i wiedzieć, co będzie dalej. Jak iść, w którą stronę, jak nie zginąć. Tak mi się przynajmniej zdawało, dopóki nie zatrzymałem się w połowie drogi do czterdziestego roku życia i nie zrozumiałem, że tak naprawdę wszystko sprowadza się do tkwiącej we mnie obesesyjnej wręcz potrzeby kontrolowania wszystkiego. Żadnego "go with the flow", tylko wytyczone ścieżki, tylko konkretne, przewidywalne zachowania. Jesus H. Roosevelt Christ! W którym momencie stałem się 88-latkiem, z usranym życiem za sobą?

Podobno łatwiej jest, kiedy nie trzyma się tak kurczowo wszystkiego w garści. Podobno pewne rzeczy po prostu się dzieją, inne niekoniecznie i tak naprawdę nie za wiele można z tym zrobić. Pewnie trzeba zaufać czemuś, lub komuś. Albo co gorsza- sobie. Pewnie trzeba usiąść spokojnie i medytować, uśmiechając się wątrobą, jak radził Ketut Liz w "Jedz, módl się i kochaj".

Bardzo to wszystko mądrutkie i pewnie całkiem skuteczne. I chyba przydałoby się to przetestować, zanim wykituję, próbując wszystko opanować i umieścić w odpowiednich szufladkach.

Rzeczy niech się dzieją. A strach? To dobrze, kiedy go odczuwamy. To znaczy, że jest w naszym życiu coś, co możemy stracić.

Sam mam do stracenia bardzo wiele.

Kiedyś, na poprzednim blogu przysięgałem, że w życiu nie puszczę Rihanny. No cóż... To Star Trek, a do niego mam słabość od dziesiątego roku życia. A jeśli zamknąć oczy, to bardziej Sia, niż Riri. Czuję się więc rozgrzeszony. Beam me up, Scotty!

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz